Dokładnie 4 tygodnie temu jechaliśmy o poranku do Bielska zrobić badania krwi naszemu kotu, który źle się czuł. Było zimno, padało, smętna niedziela taka. Jechaliśmy tamtą trasą tylko dlatego, że dzień wcześniej przypadkiem okazało się, że jest to o wiele krótsza droga od nas do BB. I nagle na środku drogi zobaczyliśmy potrąconego niedużego kota, który podnosił głowę, ale nie mógł się ruszyć, a którego z tej drogi usiłował ściągnąć inny, większy kot. Domyśliliśmy się, że to matka chce pomóc dziecku kociemu. To było straszne, okropne i wolę nie opisywać naszych wrażeń. Koteczek był cały we krwi, na ulicy było mnóstwo zdartego futerka, a kocia mama rozpaczała na chodniku. Nie mieliśmy w aucie żadnego wolnego transporterka, pudełka, nic. Zabraliśmy jakoś potrąconego kotka i pognaliśmy do Bielska. Kotek w aucie stracił przytomność i trząsł się tak, że myśleliśmy, że to koniec. W klinice w BB mają inkubator, koteczka (bo okazało się, że to kocia dziewczynka) została w nim umieszczona, dostała leki i czekaliśmy na cud, ponieważ była kompletnie wyziębiona, musiała leżeć bardzo długo w tym deszczu i zimnie, nie dało się jej zmierzyć temperatury. Zrobiliśmy badania naszemu kotu i wróciliśmy do domu, a koteczka została w lecznicy. Jej mamy nie było w tamtym miejscu...
Wieczorem okazało się, że temperatura się podniosła, a mała najwyraźniej bardzo chce żyć. Rtg wykazało zwichnięcie lub złamanie kręgosłupa, nóżki niewładne :( Ale kotka z każdym dniem była bardziej żwawa, miała znakomity apetyt i bardzo była kontaktowa. Okazało się też, że kupka mokrego, zmierzwionego futerka jest cudną panienką, ma piękne zielone oczka, umaszczenie burorudobiałe i około 5 miesięcy. Po tygodniu zabraliśmy ją do domu.
Wtedy wyglądała tak:
Cdn...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz